wtorek, 15 marca 2016

Na przedwiośniu





Wyleciały na spacer i się popisują.
Jak ja bym miał skrzydła, to bym im pokazał jak się lata, mądrale!

Ładnej pogody jak na lekarstwo, a my tak tęsknimy za odrobiną słońca.
Pańcia powiedziała, że deszcz też jest bardzo potrzebny, ale uważam, że jak przestaje padać, to natychmiast powinno zaświecić słońce, a nie szaro i szaro. Zaraz też zacznie się zmieniać... eh!

Tymczasem trzeba skorzystać ze słoneczka.
Nawet Guido wyszedł, a on jest bardzo wymagający i bardzo kapryśny.

Hikari jest podobna do mnie... Tylko niestety, niezbyt mnie lubi...
Na palcach można policzyć momenty jej łaskawości dla mnie.
Natomiast w stosunku do Guida to jest... jest...
Ona go uwielbia, czaruje, buzi, buzi, nosek w nosek... On też ją adoruje, bawi się z nią, gania po domu... No po prostu rzygać się chce!

   

Tutaj tak się jej przyglądał, że zapomniał schować
 języczek. 



Obserwował każdy jej ruch, a ona udawała, że ptaszki obserwuje... Przewrotna baba!


Nie! nie! Nie będę się już katował! Pańcia mi poleciła, żebym poszukał śladów wiosny.





Melduję, że w naszym ogródku jej nie znalazłem... No, może napęczniałe pąki, to wszystko!

To było wczoraj, do południa, a wieczorem wróciła zima i rankiem wyszedłem tylko ja , sprawdzić czy mi się to nie śni...



No cóż, byle do wiosny...


niedziela, 6 marca 2016

Wymazane z pamięci




       
                Ta proza - to protest. To ostrzeżenie. Właściwie, to aż się boję polecić tę lekturę, bo czas zapomnieć o nazistowskich zbrodniach: o ludobójstwie, o eksperymentach medycznych... na dzieciach... straszliwej akcji T4...  Ale czy na pewno? Przecież młodzi ludzie często niewiele wiedzą o ideologii nazistowskiej i o II Wojnie Światowej oraz jej konsekwencjach, a jeżeli już, to bardzo encyklopedycznie.  Natomiast wspomnienia ludzi, którzy przeżyli - blakną, zacierają się lub są wypierane ze względu na ból jaki sprawiają... i zabierane ze sobą do grobu.
                 
                  Od pewnego czasu wydaje mi się, że Świat drga od emocji, że wzbiera w nim furia, a jego skorupa zaczęła już pękać. Dla mnie są to złowieszcze trzaski. Tylko jedno pokolenie dzieli mnie od tego, które przeżyło II Wojnę Światową... tylko jedno. Dlatego jestem przesiąknięta wspomnieniami członków mojej rodziny. Dzieci nie noszą już tego w sobie, a wnuki... no cóż, wiedzą,  ale jest to wiedza wyłącznie historyczna... wyłącznie.
Zauważam też, że nie jestem odosobniona w tych moich lękach, bo coraz więcej pisarzy sięga po tę tematykę, wiedzionych  pewnego rodzaju przymusem, przymusem, który rodzi się ze strachu przed powtórką z historii, ze strachu o najbliższych. Do nich należy właśnie Anna Dziewit-Meller" ( ur. 1981 r.), która zadedykowała  ,,Górę Tajget" swoim dziadkom i dzieciom i jak sama pisze: ,,Być może z niezgody na postawienie medycyny po stronie mroku zrodziła się ta powieść"

A oto co, bardzo krótko, o książce napisali:

                Magdalena GRZEBAŁKOWSKA  ,,Nie da się zapomnieć tej książki. Już nigdy."

                Sylwia CHUTNIK ,,Proza gęsta od emocji. Przy czytaniu rośnie w gardle gula niepokoju.
                                            Ta książka zostanie w naszych głowach jak zadra".

                 Michał NOGAŚ. PROGRAM 3 POLSKIEGO RADIA  ,,Powieść Anny Dziewit-Meller ma głęboki społeczny sens. Przywraca to co ważne i burzy nasze dobre samopoczucie. To historia o pamięci, godności, strachu, odwadze i lęku".

Do Was kochani należy wybór. Ja z gulą w gardle polecam. Bo warto wiedzieć, bo warto pamiętać,
BO NIGDY NIE WIADOMO KIEDY I CO ZOSTANIE POSTAWIONE PO STRONIE MROKU.......


środa, 24 lutego 2016

Ręce opadają...




        Mam dwa koty normalne i jednego wyjątkowo kreatywnego. Zgadnijcie, które są normalne, a który wyjątkowo kreatywny? Hikari i Guido są normalne, a Cymes jak to Cymes - wymyślił ostatnio dla mnie nowy  wieczorny obowiązek, którego wykonania  domaga się głośnym miauczeniem.
Na czym to polega?  Ano, zanim dotrę do łazienki, on już otwiera  drzwi i wskakuje do wanny informując mnie, że wieczorną toaletę zaczynamy od jego futra, a nie od mojej twarzy. Nie chodzi tu też o samo szczotkowanie, o nie!  Ja muszę zmoczyć ręce i dokładnie, bardzo dokładnie obmywać jego futro, spłukując co chwila z rąk martwe włoski., a dopiero potem  go wyszczotkować tam, gdzie on sobie życzy, na koniec zaś tam, gdzie ja uważam, że należy...
Wczoraj się zbuntowałam... dosyć tego dyktatu - rzekłam - pan Słodowy, napisał książkę pt. ,,Zrób to sam", więc zrób to sam, Cymeńku!  Ja mam dziś problem zdrowotny i jestem od ciebie ważniejsza! Przykro mi... 
Siedział naburmuszony, z zamkniętymi oczkami i od czasu do czasu wymrukiwał z siebie niezbyt pochlebne, tak myślę, słowa pod moim adresem.
Wreszcie położył się i zaczął się myć! Sam! No proszę, zrozumiał! Warto się czasem postawić!!


            Niestety z Hikari mi się nie udało, ani prośbą,  ani groźbą... Wyjąć jej nie mogłam, bo za ciężka dla mnie... Oczywiście, że mogłam puścić wodę, ale przecież nie będę jej stresować! Moje kochane słoneczko czekało na mnie, jak byłam pod prysznicem, aż zasnęło...
Zresztą, chciałam tylko opiłować  paznokcie u stóp..

To właściwie ile mam normalnych, a ile kreatywnych kotów?

P.S. Zdjęcia zrobione telefonem, w złych warunkach oświetleniowych i zbyt pośpiesznie... :)

środa, 17 lutego 2016

Międzynarodowy Dzień Kota 2016




W tym roku też zacytuję wiersz Franciszka J.Klimka

CO JEST WAŻNE?

Zrobiłem listę moich braków
tych w remanencie i w dorobku:
w portfelu - tylko znak zodiaku;
w majątku - myślnik po dwukropku.

W lodowce bryndza, w szafie mole,
w barku - to już mnie nie dotyczy,
lecz za to w kuchni - KOT na stole!
I to jest ważne! To się liczy!

Ja przy talerzu, on przy misce,
czasami bywa, że odwrotnie,
a kiedy resztki już na łyżce,
obu nam robi się markotnie.

Ale to nic i mniejsza o to,
ja się nie żalę nad złą dolą:
Jeżeli serce oddasz kotom,
one ci zginąć nie pozwolą.

Bo czy też w mieście, czy też w lesie
Kot ci okaże dobrą wolę
i wnet przekąskę ci przyniesie;
nawet położy ją na stole.

Morał wynika z tego taki:
Nie załamujmy się w kłopotach,
nieważne, jakie inne braki,
ważne, żeby nie brakło kota.


       Wszystkim kotom na świecie - życzę zdrowia,wspaniałych zabaw, pełnych misek i mądrych ludzi wokół, ludzi, którzy nie przejdą obojętnie wobec kociego nieszczęścia. Życzę też, żeby wszyscy wreszcie zrozumieli, że kot ma serce, duszę, kocha, myśli, pragnie, czuje i cierpi. Jest naszym bratem mniejszym, a nie niewolnikiem.


         Doris Lessing, brytyjska pisarka, laureatka LITERACKIEJ NAGRODY NOBLA 2007, tak napisała w swojej cudownej książce ,,O kotach":

         ,,Jakim rozkosznym stworzeniem jest kot! Momenty radosnego zaskoczenia w ciągu dnia, miękka, ciepła gładkość pod ręką, kiedy budzicie się zimną nocą, gracja i wdzięk, nawet u zupełnie zwyczajnego dachowca... Kot kroczy przez wasz pokój - i w tym samotnym marszu widzicie leoparda czy nawet panterę, obraca ku wam głowę - i żółty blask jego oczu mówi wam wyraźnie, jaki egzotyczny gość zawitał w wasze progi, darząc was swoją przyjaźnią; kot, który mruczy, gdy go głaszczecie, pod bródką albo za uchem..."


          Hikari, Guidku, Cymusiu, moja fascynacja wami i moja miłość do was jest
coraz większa, a wasza rola w moim życiu niezwykle znacząca....






poniedziałek, 15 lutego 2016

... że tytuł ... taki jakiś....?



     
       A miało być o kotach...

       Nie mogę jednak przejść obojętnie obok tej książki i polecam ją jako lekturę obowiązkową; a chciałam odpocząć i rozweselić się nieco, po przeczytaniu ,,Znikasz"... no i dałam się zwieść uśmiechniętym buziom moich ulubionych aktorek.
W miarę czytania odnosiłam wrażenie, że autorka została wręcz zainspirowana książką Christiana Jungersena, bo jej powieść też traktuje o ,,znikaniu" naszej osobowości na skutek nowotworu mózgu...

       Dwie siostry, dwa światy, dwa dramaty, dwie nienawiści, żale, gorycz, rozpacz, miłość, pragnienie zrozumienia, ciepła, pojednania...to wszystko w obliczu tragedii rodzinnej. Samo życie!
Służbie zdrowia też się nieźle oberwało! I ta miłość do rodziców!
Trochę śmiechu przez łzy też jest... a dziewczyny klną, że aż się jasno robi!

       Zachęcam kochani, bo ta książka to też instrukcja postępowania w stosunku do rodziców, mimo swoich spraw, mimo braku czasu, mimo chęci ucieczki ze strachu przed swoimi słabościami i tym OSTATECZNYM... NIEUNIKNIONYM...

        

niedziela, 31 stycznia 2016

Wybrałam, bo skłaniają do myślenia...




                ,,Kilka miesięcy temu nawet nie wyobrażałam  sobie istnienia tego tajemnego świata, dziesiątków tysięcy domów, w których jeden z członków rodziny ma uszkodzony mózg.
Idioci, z którymi kłóciłam się w supermarkecie, nieracjonalnie zirytowani ludzie na ulicy, pustogłowi mówcy w czasie spotkań publicznych. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że wielu z nich jest dosłownie chorych na głowę. Wielu z nich ma rodziny i przyjaciół, którzy ich kochają i którzy spotykają się, tak jak moja nowa grupa wsparcia.
                 Czuję się, jak bohaterka filmu, która nagle może zobaczyć i usłyszeć wszystkie duchy, które chodzą wśród nas.
Ludzie z uszkodzeniami mózgu żyli wśród nas od zawsze. Spotykałam ich, rozmawiałam z nimi, kłóciłam się z nimi, niczego nieświadoma"

              Umieszczam tę refleksję bohaterki  książki, bo mam wrażenie, że to moje własne myśli, które przychodzą mi do głowy, gdy obserwuję otaczający mnie świat i ludzi...

               ZNIKASZ, to książka szczególna i wyjątkowa. Zadaje bardzo wiele mądrych i trudnych pytań. Dociera do zakamarków naszej duszy, a ,, Christian Jungersen z niemal perwersyjną precyzją portretuje najdrobniejsze gesty bohaterów, stawiając najważniejsze  pytania o znaczenie zjawisk takich jak miłość, dusza, wolna wola, wina i odpowiedzialność, wierność i zdrada"... i dodam jeszcze: -  prawo do szczęścia mimo wszystko i wbrew wszystkim i wszystkiemu...

                  Następna pozycja to:  


                      Może jeszcze znajdzie się ktoś, kto nie czytał tej książki, więc niech nie zwleka.
ULEGŁOŚĆ -  najnowsza powieść pisarza (2015), której premiera zbiegła się w czasie z zamachami na redakcję ,,Charlie Hebdo"w Paryżu - przedstawia wizję przyszłości inną niż wszystkie.

                      Narracja tej książki jest jak życie głównego bohatera - spokojna i bez fajerwerków. Francois, wykładowca literatury na Sorbonie, uznany i szanowany, prowadzi życie samotne i dość monotonne, ale okraszone licznymi romansami. Natomiast na francuskiej scenie politycznej, dzieje się bardzo wiele, szczególnie po wyborach, w których zwycięstwo odnosi Bractwo Muzułmańskie.
Największe zmiany następują w dziedzinie edukacji... a wówczas nasz bohater staje przed ,,być albo nie być" w coraz bardziej obcym świecie.

                     Na koniec wielki rarytas!  

,,WIATR I PYŁ  jest od początku do końca kolejną książką Tadeusza Konwickiego, o tyle tylko szczególną, że pod tekstem wypadałoby umieścić datę jej powstania: 1946-2008."
                                                                                                                           Tadeusz Lubelski


                 Cudownie się odpoczywa, czytając ten zbiór tekstów, niepublikowanych w żadnej innej książce. Teksty bardzo różnorodne: opowiadania, reportaż, eseje, felietony. Są też szkice wspomnieniowe, powstałe po śmierci przyjaciół i współpracowników - Zbigniewa Cybulskiego, Aleksandra Kobzdeja, Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Jest wreszcie wybór rysunków, które Konwicki , szczególnie we wczesnym okresie twórczości, publikował ze szczególnym upodobaniem. Można brać garściami ten pył niesiony wiatrem wspomnień. Pył prawdziwych pereł...

Bardzo polecam!



wtorek, 19 stycznia 2016

Wędrujące ubranka...




                 
                    Tego jeszcze nie było. Nie wiem, czy chcą mnie rozśmieszyć, czy pomóc, czy może rekompensują sobie moją zmniejszoną aktywność w zabawach z nimi. Faktem jest, że moja bielizna osobista i ubranka wierzchnie, zaczęły ,,chodzić" po schodach. Oczywiście jest również ścieżka dźwiękowa: poszeptywanie, pomiaukiwanie, pohukiwanie, świergotanie, galop i inne przedziwne dźwięki, ale co charakterystyczne - wydawane cicho! Jednym słowem spiskowcy od siedmiu boleści!
Muszę jednak zdradzić, że sama się do tego przyczyniam. Ponieważ sypialnię mam na górze, salon na dole, a pralnię jeszcze niżej, a w domu jak to w domu: góra - dół, góra - dół, góra - dół; ciągle coś trzeba znieść i coś trzeba wnieść - a mnie nie wolno - wymyśliłam więc, że koszyk wiklinowy na zakupy, będzie pełnił rolę transporterka, przekładanego co kilka stopni, bym ja mogła trzymać się poręczy i nie dźwigać. No więc ów koszyk czeka czasem na schodach na doładowanie, lub na odpowiedni czas.  Koty zaś nauczone buszowania w swoim koszyczku z zabawkami, przeniosły tę umiejętność na mój kosz-transporter! Inteligentne bestie! Bywa, że zaczajam się by złapać ich na gorącym uczynku, ale jak dotąd udało mi się tylko raz, gdy Guido zaplątał się w tym ogromnym swetrze.
Od czasu do czasu zwołuję je na zebranie w celu wygłoszenia pogadanki na temat: jak powinny się zachowywać w domu dobrze urodzone kotki,  ale ponieważ stan obecności jest zerowy, wygłaszam ją do ścian, kończąc zawsze ostrzeżeniem, że ogony im poobcinam i będą jeszcze bardziej rasowe!

Gdy wszystko uprzątnę i wrócę do swoich spraw, zjawiają się jakby nigdy nic! Jakby dopiero się obudziły, dopiero wstały... a w ogóle z kim tak długo gadałaś?  Nawet takie bezczelne pytanie mają w oczach!

Ostatnio do koszyka zapakowałam wszystkie zabawki, które Cymes zawlókł na górę. Oczywiście nie zdążyłam znieść na dół, gdy wpadł z białym szczurem w pyszczku i morderczym błyskiem w oczach... kłaki tylko fruwały...
.

No coż, to przecież drapieżnik! Tylko kto dywan odkurzy?


P.S. przepraszam za fatalną jakość zdjęć...

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Osiem tygodni...





To były ciężkie dni i bardzo trudny egzamin z życia. Najlepiej ten egzamin zdał Cymesik -  co właściwie było do przewidzenia. Ten kot zawsze zachwycał umiejętnością przystosowania się oraz umiejętnością przekonywania wszystkich o swojej wyjątkowości.
Bardzo bałam się o Guida, bo to KOT, którego światem jestem JA, nasz DOM, Hikari i Cymes; reszta zasługuje jedynie na ostrzegające, groźne fuknięcie. O Hikari się nie bałam... a okazało się, że moja nieobecność najwięcej bólu sprawiła właśnie jej. Nie wychodziła z sypialni... czekała.
Guido przez pierwszy tydzień prawie nie jadł, o żadnej pielęgnacji obojga, nie było mowy. Jedzenie ,,mokre'', moje DZIECI– wnuczka,synowa,syn- zanosiły na górę.

Postanowiłam, że koty zostaną same w domu, nie będą nigdzie przewożone i narażane na kolejny stres. DZIECI wpadały codziennie, czasem co dwa dni, żeby dosypać suchej karmy, podać „mokrą'', zmienić wodę i sprzątnąć kuwety. I TAK PRZEZ OSIEM TYGODNI – bardzo długich i ciężkich osiem tygodni, które spędziłam w szpitalu, a właściwie w dwóch szpitalach... neurologia,a potem rehabilitacja... i myślę, że tylko strach o te trzy istotki, mobilizował mnie do życia...
Lekarze przyrzekli mi, że wyjdę na własnych nogach, a nie na wózku, nie wierzyłam, ale wyszłam, co prawda przy chodziku, ale na własnych nogach!

Ostatnia noc w szpitalu była bezsenna. Myślałam o tym, jak mnie przyjmą, czy będą się gniewać, czy mi przebaczą tak długą nieobecność?
Po wejściu do domu, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi... z radości. Boże, jak ja tęskniłam!
Cymuś zatrzymał się na schodach z miną: - to naprawdę Pańcia? Musiałam pieszczotliwie przemówić, żeby go przekonać... a gdy podskoczył do mojej dłoni, wiedziałam, że z nim jest wszystko w porządku. Hikari i Guido w ogóle się nie pokazali. Nie spiesząc się, poszłam na górę, do sypialni, pokonując schody zgodnie z instrukcją obsługi człowieka...
Guido leżał na łóżku. Usiadłam obok, zaczął mruczeć. Oczki brudne, a sierść! Boże zmiłuj! Wyglądał jak baranek, który odłączył się od stada i po latach został odnaleziony!
Guidulku, słoneczko kochane! - przytuliłam się do niego – jak ja sobie z tobą poradzę! Nie jestem jeszcze na tyle sprawna, żeby dać sobie radę z taką ilością zwisających baranich pukli!
No to przywitałam się z dwoma! A gdzie dziewczynka?
Zaszczytu przywitania doznałam dopiero, gdy zostaliśmy sami, gdy DZIECI pojechały do własnego domu. 
Hikari nadal grubiutka, czysta, no może dupencja nie była idealna, niesamowicie ofutrzona, ale sierść piękna i gładka.
Od tego momentu stałyśmy się nierozłączne... gdzie ja, tam ona...

Bardzo szybko okazało się, że moje skarby pamiętają wszystkie nasze rytuały i nasze zabawy.
Stres u Guida i Hikari został wyparty całkowicie i przywrócona radość życia. Pierwsza głupawka i zapasy chłopaków, wyrażone piękną choreografią, rozbawiły mnie do łez, ale doszły też nowe elementy.
Gdy rano wstajemy i schodzimy na dół po schodach, one nie pędzą, one schodzą powoli, stopień po stopniu, często mnie blokują, mówię wtedy: - No bez przesady! Szybciej proszę!
Podobnie jest gdy idziemy spać, ŁAPA PRZY NODZE, NOGA PRZY ŁAPIE!

I to Cymusiowe, pełne troski, spojrzenie: - Tylko bądź ostrożna!

DUŻO ZDROWIA W NOWYM 2016 ROKU

sobota, 10 października 2015

Znowu historia...ale jaka!




          Gdy przewróciłam kolejną stronę, zobaczyłam, że to już koniec, a strona następna to Posłowie! No nieee! krzyknęłam, Panie Kalinowski Grzegorzu, co to ma znaczyć! W takim momencie?! To się nie godzi! To ja mam czekać całe dwa miesiące – bo w listopadzie ma się ukazać kolejny tom: ,,Śmierć frajerom-Złota maska'' -  żeby dowiedzieć się, co się stało z... STOP, ani słowa więcej.

No to już wiecie moi kochani, że polecam tę książkę, która jest... no tak, tak, debiutem! Książkę, która wypełnia lukę w literaturze, ukazując nam panoramę Warszawy w latach 1914-1925, z małym powrotem do lat wcześniejszych, nawet do roku 1904, kiedy to  urodził się główny bohater Heniek Wcisło oraz wybuchła wojna rosyjsko-japońska, w której brało udział wielu,wielu Polaków z Kongresówki... mój dziadek również.

Brakowało mi takiej książki. Czytając, budziłam w zakamarkach wspomnień strzępy rozmów, żartów, komentarzy i lęków, które padały z ust moich dziadków, ciotek i wujków, z nostalgią, wzruszeniem i łzami, wspominających ciężkie lata I Wojny Światowej oraz cały okres międzywojenny.
A było co wspominać. Gdy Rosjanie uciekali z Warszawy wywozili wszystko, co się dało. Czego nie zdążyli wywieźć - niszczyli. Najgorzej było z fabrykami:

       ,,Te, których nie zdążyli ewakuować, poniszczyli, powysadzali mury i maszyny. W powietrze poleciały Geisler, Okolski, i Patsche, Borman, Ambrożewicz oraz Orthwein i Karasiński, a także wiele pomniejszych fabryk i zakładów. Pulsta nie wysadzili bo go niemal w całości wywieźli na wschód"

Potem Rosjan zastąpili Niemcy:

        ,,- Jak im się koło tyłka paliło, to w listopadzie szesnastego roku, Niemce z Austriakami ogłosili, że Polska na nowo powstanie. Flag nawywieszali, szumu narobili, wpuścili Legiony do Warszawy i tyle Polski widziano. Myśleli, że jak byle frajerstwo rzucimy się cesarzom do stóp i pójdziemy dla ich powodzenia i luksusu tłuc kacapa. O! Takiego - rzucił zginając rękę w łokciu. - Wiluś i Franca Josef mogą nas w dupę pocałować!
           - Później się bydlaki zagotowali - ciągnął Wcisło, jakby nikt z obecnych nie wiedział, co było dalej. - Internowali Legiony, a na sam koniec ukradli wszystko, co było w mieszkaniach, fabrykach i kościołach. Nawet biskupa Kakowskiego, co ich pod nieobecność cara pokochał, krew zalała, bo buchnęli organy nie tylko z filharmonii, ale i z kościołów. Jakby tego im było mało, to na koniec jeszcze ziemię chcą zaiwanić"

Miłość do przedwojennej Warszawy, do Piłsudskiego Dziada i tę wielką radość, że Polska pojawiła się znowu na mapie Europy, mój dziadek przekazał mi już chyba w momencie moich narodzin.

,,Śmierć frajerom" pozwala nam uczestniczyć w zamachach na szpicli, akcjach POW, wojnie 1920 roku, III Powstaniu Śląskim i zamachu endeków na pierwszego Prezydenta II RP - Gabriela Narutowicza. Ale to nie wszystko! Wkraczamy również w świat agentów wywiadu i partyjnych bojówek. Razem z Heńkiem Wcisło lądujemy w świecie ciemnych interesów, brudnej polityki i ... mokrej roboty. Poznajemy Króla kasiarzy - słynnego Szpicbródkę, postać historyczną!

Jest też w tej książce, cała masa historii, których w ogóle nie znamy, bo nigdy dotąd nie zostały opisane: jak spektakularne akcje włamywaczy i sekrety kontrwywiadu.
Do tego jeszcze ta wielonarodowość Warszawy, tak barwna, bo nie wszyscy Rosjanie i Niemcy wyjechali. Wielu zatrzymała miłość, wielu mieszkało tu od pokoleń i uznało Polskę za swój kraj. I jeszcze ta warsiawska gwara, o której wielu młodych ludzi nie ma pojęcia. 
Ach wspomnę jeszcze o przezabawnym epizodzie związanym z poetą Władysławem Broniewskim i jego bardzo znanym  wierszem ,,Bagnet na broń", którego początek powstał w bardzo szczególnych okolicznościach i wyjątkowym stanie umysłu.  I... i nie napiszę już ani słóweńka, tylko zapraszam do lektury!

A ja idę sobie zrobić herbatkie. 


piątek, 9 października 2015

Hikari...





O! Znowu stoi i się oblizuje. Przed chwilą wyszła z kuchni. I się oblizuje. Nie, nie, nie, ona nic nie jadła,  nie! Ona się tylko oblizuje! Oblizuje się, oblizuje i oblizuje.  Postoi chwilę i znika! No! I za chwilę znowu... stoi...i się oblizuje. Wróciła z kuchni... a co! Znowu się oblizuje... i tak będzie sobie wchodzić i wychodzić. Taaak...  Czasami na chwilę jeszcze usiądzie, lub się położy i będzie się oblizywać. Jedna łapa, druga łapa, pierś z prawej, pierś z lewej... no i tak będzie się oblizywaała, oblizywaała, po czym znów wstanie, i usiądzie... taaak. Będzie na mnie spoglądać oczami głodzonego kota i potem zniknie... by za chwilę wrócić ... oblizując się...i będzie siedziała i będzie się oblizywała, oblizywała i oblizywała... Nie, nie, nie, broń Boże! Ona nic nie jadła! No gdzież by jadła! Ona w ogóle nie ma apetytu! W ogóle nic nie je!  No tak... A że wczoraj była maleńka sr...aczencja, no, może to za dużo powiedziane, ale tak w okolicach tejże konsystencji, no to nie dostanie dzisiaj ,,mokrego,'' a już na pewno nie dostanie mięcha, którego je, no oczywiście, tylko maleńką porcyjkę... z trzema dokładkami - a niech bym spróbowała nie dać dokładki!! -  potem wizytuje jeszcze miskę Guida i Cymeska, żeby tylko sprawdzić, czy wszystko zjedzone, bo nieładnie jest zostawiać! No i teraz właśnie też - OBLIZUJE SIĘ!!!




niedziela, 20 września 2015

Niedzielne o niczym...




Myśl ucieka i pisać się nie da. Dlaczego? Dlatego, że za laptopem leży do góry brzuchem pręgowany, słodki futrzak i co chwila przechyla główkę, i otwiera szeroko oczy pomrukując pytająco: - erymr?- co odczytuję jako : - wszystko w porządku? No jak może być wszystko w porządku, jak nie mogę się skupić? Zresztą cały dzień nie mogę się skupić! Mój organizm nie wytrzymuje ostatnio różnego kalibru i rodzaju stresów, łącznie z  pogodowym, jaki funduje nam nasza ukochana Matka Natura. Oczywiście nie mam do niej pretensji, bo ona też, jak widać, z trudem znosi to, co jej funduje z kolei bezmyślna ludzkość...

 O matko jedyna, właśnie wlazło na stół drugie szczęście i mości się za laptopem, ale widzę, że nie może się ułożyć, tak jakby chciało. Jest czekoladowe i większe od pręgowanego i nie uznaje dzielenia się swoim kawałkiem terytorium. Cymes się zaparł i też nie zamierza opuścić swego miejsca. Guido chwycił go za kark, potem polizał...  i ustąpił... kocha Cymeska. Teraz leży u moich stóp, jak pies...

Wracając do tematu, którego nawet nie zaczęłam jeszcze, a chciałam napisać o miauczeniu.
O miauczeniu? Właśnie. Dzisiejsza pogoda nie była łaskawa dla kotów, więc miałam okazję nasłuchać się kocich komentarzy.



Rano koty różnie oceniały stan pogody. Cymes wyjątkowo szybko uporał się z obchodem ogródka, w którym nie zagrzał żadnego miejsca dłużej niż kilka chwil, poświęcając uwagę wyłącznie ptakom, na które miał wyraźną chętkę, ale gdy sroka obniżyła swój lot i z głośnym skrzeczeniem przeleciała mu nad głową, to jak szalony wpadł do domu, łapiąc po drodze pluszowego szczura i  rzucając w moim kierunku alarmujące mraaa! mraaa!! - pobiegł na górę!!!




Hikari wyszła na chwilę, by sprawdzić co tak przestraszyło Cymeska, ale nic nie przyciągnęło jej uwagi.


Wróciła więc i zupełnie już ignorowała otwarte drzwi, paradując w holu przed lustrem tam i z powrotem, wachlując ogonem i kręcąc pupą, co miało znaczyć, że powinnam wreszcie porządnie ją wyszczotkować i w ogóle tylko jej poświęcić całą swoją uwagę, bo wszak ona jest najważniejsza i najpiękniejsza! Jak zwykle przewracała przy tym oczami i wydawała od czasu do czasu słodkie, wysokie i krótkie, wypowiadane z niewiarygodną dykcją - Miau! Miau! Miau!

Guido zaś łaził z opuszczoną głową i ogonem, stosując narrację lamentacyjną:  - Hęmrrr! Hęęmooojj! Jojojhmrrrr! Łoi-łoł!  Co brzmiało jak: nikt mnie nie kocha...nikt mnie nie lubi... nikt się mną nie zajmuje...nikt mi buzi nie daje... nie wiem gdzie są piórka... coś bym zjadł, sam nie wiem co, ale nie to co jest w misce...  Dźwięki, które wydawał w ogóle nie były kocie!

   - Głowa mnie już boli, od tego waszego jęczenia - powiedziałam - Dzisiaj jest niedziela i ja mam zamiar poświęcić ją wyłącznie sobie, a już na pewno najbliższą godzinę. Idę do łazienki! 
Gdy weszłam do łazienki Cymes czekał już na mnie... z prezentami....



Gdy wyszłam z kabiny prysznicowej, nawet tego nie zauważył - spał jak zabity.



Teraz też śpią... O nie, właśnie weszła Hikari - czas na serek jogurtowy Almette!

wtorek, 8 września 2015

A wczoraj to było tak....






Przeskok z tropiku na Alaskę sprawia, że chodzę jak zombi, nieprzytomna zupełnie. Boże, jak ja  nie lubię, aż tak gwałtownych zmian w pogodzie. Dopada mnie wtedy bezsenność, a potem świadomość, że pod te lata już tak będzie - nie poprawia mi nastroju.

Moje koty natomiast, wczoraj sobie odespały tę zmianę, po to, by późnym popołudniem, ruszyć do ataku na swoją Pańcię! No bo jeśli skończyły się motyle, muchy, ćmy, ważki, świerszcze oraz inne biegające i pełzające stworzonka boże, to została Pańcia! Pańcia jest najlepszą i największą zabawką kota! Ma wszystko co potrzeba! Włosy do czochrania, plecy do wspinania, kolana do wskakiwania, stopy do napadania i podgryzania!!  No i zaczęło się! Guido sobie przypomniał jak to było, zanim jeszcze nie było Cymeska, ani Hikari, a był tylko on! On ukochany i najdroższy!  Najsłodsze czekoladowe maleństwo, które zaczajało się w ciemnym kącie i nagle ruszało na Pańcię z impetem, i z bojowym okrzykiem,  nie bacząc na okoliczności! A potem w nogi! A Pańcia za nim! Łapała i przytulała, całowała, tarmosiła... i wypuszczała. A on się znowu chował i długo nie pokazywał, żeby Pańcię zmartwić, żeby zaczęła szukać..., i żeby ponownie z ciemnego kąta wypaść i łubu-du znowu na Pańcię!
Cymuś, który jest wielkim pragmatykiem, siedział i przyglądał się z miną ironicznie zatroskaną o zdrowie psychiczne, moje i Guida. No cóż, ale gdy już wszystko przeanalizował  w swoim mądrym łebku, nagle zaczął robić tak samo! Bo on, żeby nawet czegoś nie rozumiał, to nie jest gorszy! Bo to jest bardzo ambitny kotek! Tak, że nie ma zmiłuj, Pańcia teraz musi jego dopaść i wytarmosić, wymiziać..., a on będzie uciekał, by znowu napaść na Pańcię, gdy ta schodzi ze schodów i nie przyjdzie mu do główki, że Pańcia może się przewrócić i spaść, a wtedy koniec z jedzonkiem, koniec z zabawami, a może w ogóle koniec z Pańcią i co wtedy?!
A Pinda? Ano Pinda, jak to Pinda, w malowniczej pozie, lubi się przyglądać, udając, że się nie przygląda, tylko tę swoją łapinę liże, i tylko tak tym jednym okiem łypie, a drugie mruży, i na zmianę, i z powrotem, a potem bęc i brzusio wywala i udaje, że śpi z tym swoim uśmiechem brytkowym, a człowiek ma ochotę ją zjeść, z miłości, z tkliwości i z uwielbienia dla stworzenia...
I już!!!




wtorek, 1 września 2015

Problem...



Mimo gorącego poranka, Cymuś rozrabia jak pijany zając, a ja jestem szczęśliwa, jakbym wygrała milion w totka. Człowiek, gdy już złapie kota na punkcie kota, to już nic nie jest ważne... tylko szczęście kota! 
Dwa ostatnie dni tonęłam w rozpaczy, bo Cymes włóczył się po domu smutny, powolny, polegujący, niechętny moim pieszczotom; nawet żadnej myszki mi nie przyniósł... A ja wiedziałam, bo to się wie, że to nie upał jest przyczyną, ale zakłaczenie!
Oczywiście, w takich wypadkach nie można wykluczyć innych dolegliwości, ale gdy kot opuszcza główkę i otwiera bezgłośnie pyszczek, lub pokasłuje, to jestem pewna, że się zakorkował. A że Cymuś wielkim czyściochem jest, to go dopadło, mimo stosowania środków zapobiegawczych, do których należy połykanie trawy i przysmak odkłaczający, podawany co 2-3 dni. Trzeba jednak podkreślić, że latem, gdy upał dokucza, koty liżą się również dla ochłodzenia futerka, więc ilość spożytej sierści jest zdecydowanie większa. Trzeba było zastosować plan B i podać podwójną dawkę pasty odkłaczającej, dwa razy dziennie...
 I nic!   Kot się męczy, ja się męczę!
Podaję strzykawką dodatkową porcję wody, bo ,,mistrz wychlapywania'' napracuje się nad miską i guzik połknie. Mało tego, zaczynam go namawiać do ponownego usiłowania wyrzygania kłaków.
W jaki sposób? Ano przyjmuję odpowiednią  pozycję ,,na czworakach'' i zaczynam udawać, że wymiotuję , baaardzo intensywnie wymiotuję!  Ustawia mnie do pionu wzrok mojego kota, który mówi: - Pańcia, ty się opamiętaj! Nie nas uczyć jak rzygać! Jesteśmy w tym mistrzami! Fakt... co ja robię na tej podłodze? Tracę autorytet!!  
Drugiego dnia, gdy Cymes-żarłok gardzi śniadaniem, jestem przestraszona nie na żarty!
 - Cymeńku skarbie, mówię, jeżeli za godzinę nie pozbędziesz się tego balastu, wzywam Weta! I to na sygnale! Następnie szykuję nową, podwójną porcję pasty.
Cymes patrzy na mnie … odwraca się i biegnie jak szalony na górę. Za chwilę dobiega do mnie najpiękniejsza muzyka świata: RZYGANIE KOTA!!!!

Obejrzałam to co zwrócił... i dopiero się przestraszyłam! Miałam w ręku sporą parówkę  z ubitej sierści... No kochany!  Byłeś w prawdziwym niebezpieczeństwie!

niedziela, 23 sierpnia 2015

Z historią w tle






                                                                                       ,,Historię piszą wygrani, a ofiary mają milczeć.
                                                                                         To budzi mój sprzeciw. Dlatego piszę."

                                                                                                                                    Magdalena Parys

Być może ta rekomendacja jest już nieco spóźniona, bo większość z Was  przeczytała te pozycje, które były dość  szeroko omawiane w mediach, to jednak czuję, że powinnam temu debiutowi - bo jest to debiut, i nie zawaham się podkreślić: debiut bardzo dojrzały - poświęcić i od siebie słów kilka.
Nie będę tu pisać o mnogości wątków i niespodziewanych  zwrotach akcji, ani o trzymaniu w napięciu i zupełnie niespodziewanym zakończeniu, tak TUNELU jak i MAGIKA - nie będę dlatego, bo te książki, poza tym, że są świetnie napisane, mają dla mnie dodatkowo inną wielką wartość, one prowokują  do innego spojrzenia na konsekwencje II wojny światowej. Do innego spojrzenia na zwycięskich i pokonanych. Na dramaty ludzi, których losy kreowała wielka polityka, gdzie często pokonani okazują się zwycięzcami, a  wielkie "brudy", które zawsze towarzyszą "wielkiej polityce", stają się monetą przetargową. Muszę powiedzieć, że właśnie to porusza najbardziej.
Przy okazji dowiedziałam się, że "ćwiczenia" i "gry" na spotkaniach Hitlerjugend, miały charakter   bestialskiego wręcz traktowania siebie nawzajem, w celu wyćwiczenia hartu i wytrzymałości na ból, niszcząc najdrobniejsze oznaki empatii... łamiąc psychikę. Wrażliwi chłopcy protestowali, jednak "wypisać się z Hitlerjugend oznaczało mniej więcej tyle, co wysłać siebie i rodzinę do obozu koncentracyjnego"
I znowu zrodził się we mnie bunt przeciwko wojnie, tak jak po przeczytaniu "1945 WOJNA I POKÓJ" Magdaleny Grzebałkowskiej.

Odnoszę wrażenie, że Magdalena Parys swoimi książkami zaczęła budować most pojednania, między narodem polskim i niemieckim. Wszak tylu Polaków jest w Niemczech, a iluż Niemców w Polsce?! Ona sama mieszka przecież wraz z rodziną w Berlinie! Pisze po polsku - chwała jej! I najpierw wydała w Polsce - chwała jej! A iluż z nas ma rodzinę w Niemczech... my mamy... i aż strach pomyśleć, że mogłoby się zdarzyć, że brat przeciwko bratu stanie......

Polecam TUNEL - bo jest to świetnie skonstruowana powieść sensacyjno-obyczajowa i thriller polityczny w jednym. W Murze Berlińskim było wiele tuneli, ten z książki jest wymyślony przez autorkę, ale czy to ma jakieś znaczenie?  Mam jeszcze taką refleksję... myślę, że książka zawiera tyle niesamowitych historii, że starczyłoby  ich na kilka książek.

Polecam MAGIKA - bo jest to trzymająca w napięciu powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym - pierwsza część trylogii berlińskiej, "historia ucieczek z komunistycznego "raju", zabójstw na granicy, znikających akt Stasi i tajemnic z przeszłości, które mogą zburzyć spokój nowych niemieckich elit polityczno-gospodarczych". Autorce gratuluję wyobraźni!

Życzę czytania pełnego emocji!

                       

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Pogodowy danse macabre






,,Jak dobrze wstać skoro świt"... bo tylko wtedy  koty i ja możemy cieszyć się latem i mamy chęć do życia. Potem  jest coraz gorzej. Żar, który się leje z nieba, zmusza do pozamykania wszystkich okien, opuszczenia rolet, wysunięcia na maksa markizy nad tarasem, by ostatecznie zmusić nas do  schronienia się w wychłodzonym domu - częściowo dzięki włączonej na krótko klimatyzacji.

Zanim to jednak wszystko nastąpi, musimy zadbać o rośliny. Usuwamy przekwitłe i  spalone słońcem kwiaty. Moim oczkiem w głowie jest mięta, którą widzicie na zdjęciu.
Kupiłam ją w sieciówce i gdy zostały jej dwa badylki i jeden  listek wyrzuciłam ją do śmieci... ale po zastanowieniu wyjęłam i wsadziłam do doniczki ze świeżą, pyszną ziemią, i wyniosłam na taras. No i proszę, jak mi się odwdzięczyła! Czyż nie jest piękna?!
Potem podlewamy z Cymusiem ogród - to znaczy , ja podlewam a Cymes bawi się w wymyśloną przez siebie grę: "zdążę - nie zdążę" przelecieć, zanim dopadnie mnie deszczyk ze zraszacza!
Gdy czuję, że jeszcze jedna czynność i dołączę do grona aniołów, robię sobie pyszną kawę z mlekiem i miodem spadziowym, rozsiadam się na tarasie i wdycham świeże, wilgotne powietrze.
Zapewniam was jednak, że nie ma mi czego zazdrościć, bo wolałabym być młoda, zdrowa i pędzić do pracy, narzekając na ten wściekły upał..., że przesadzam? NIE!

Gdy siedzę na tarasie - koty, które cały czas śledzą mnie, też wracają na taras, by po kolei popisywać się przede mną swoimi, jakże  różnymi sposobami picia wody.

Jej Najjaśniejsza Puszystość Hikari pije wodę z łapki:



Potem przechodzi na tradycyjny sposób



Cymuś zaś, to prawdziwy wirtuoz  picia  z wychlapywaniem:




Myślę, że już nigdy się nie nauczy... i w tym jest jego cały wdzięk!

Guido pił długo, ale nie został przy tej czynności uwieczniony, bo zaszczycił mnie wyłącznie widokiem swojego ogona . Powiedziałam mu, że nie godzi się tak wobec Pańci, ale on był innego zdania. No cóż, kota się nie przekona, kot ma zawsze rację.


Poszłam przygotować sobie  wodę  z cytryną i lodem, i wracając, o mały figiel nie przewróciłam się, zawadzając o Grubą Najjaśniejszą, która z impetem wpadła do salonu, niosąc w pyszczku ważkę! Rzuciła mi ją pod nogi! Tak gorąco, a jej się chciało!!!
Uratowałam ważkę. Była piękna.Skrzydełka lśniły srebrem i kolorami tęczy.
Delikatnie położyłam ją na gałązce tui w nadziei, że natychmiast odleci; ona jednak gdzieś się osunęła. Czyżby była dotkliwie poraniona? Hikari podeszła do żywopłotu i zadarła główkę. Aha, pomyślałam, znaczy gdzieś się zaplątała, może w pajęczą sieć? Rozchyliłam gałązki i wtedy zobaczyłam jej zielony łebek i oczy - tak mi się zdawało - wpatrzone we mnie. - Spokojnie, zaraz będziesz wolna - powiedziałam. Wyciągnęłam rękę, a ona zaczęła się szamotać i zobaczyłam mocną pajęczą nić obejmującą skrzydło. Złapałam tę nić, a ważka niczym helikopter wystrzeliła w górę!
Poczułam radość... ot taką zwyczajną maleńką radość.......