sobota, 16 kwietnia 2016

Teraz wierzę, że wiosna!





                      Piękne są wiosenne, słoneczne poranki, szczególnie gdy jest tak cicho, cichuteńko i tylko ptaszki śpiewają, a przyroda zaskakuje nagłą eksplozją barw...

- Grasz w zielone? - gram!
- A w żółte grasz? - no oczywiście!
- A w różowe? - to chyba jasne, że też!
- A w białe? - w białe również!...uwielbiam, gdy jest tak puszyście....



   
                      ...albo tak puszyście...

                   


                     Młode listki róż rozwinęły się nagle.... Teraz trzeba pilnować, by mszyce nie zaatakowały.


                      Lubię patrzeć na Guida polującego na pełzacze i fruwacze!




                 ...i na Hikari wygrzewającą się na słońcu...                                  



                 Cymesika  staram się nie spuszczać z oczu.  Tutaj zlał się ze środowiskiem tak, że nie mogłam go znaleźć. Muszę go jednak pochwalić, że zrobił się ostrożny i czujny po przykrym incydencie z Obcym. Nadal jednak bardzo sumiennie pełni funkcję Naczelnego Obrońcy Terytorium.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Prawie lato...





          Ach, jak dzisiaj pięknie! Ciepło jak w lecie! Uwielbiam wystawiać brzuszek do słońca! Nawet Cymes jest dla mnie dzisiaj  wyjątkowy! Mysz mi przyniósł i rzucił nonszalancko - on czasami to naprawdę potrafi zaskoczyć! O, Pańcia zaczęła mnie fotografować! Ona uwielbia, jak wywalam brzuszek do góry! A ja już przestałam się przejmować, że Pańcia mnie fotografuje. Czyż nie widać, że jestem szczęśliwa, mimo, że gruba? Już nie mam zamiaru omijać tego słowa, wyszukując innych o podobnym znaczeniu, a brzmiących subtelniej, np.: puszysta, albo pulpecik, czy może baryłka. Wiem, że są gorsze, jak: spaślak lub spurchlak! Fe! Ohyda! Jestem jaka jestem... Pańcia mówi, że najpiękniejsza i tego się trzymam!  
A gdyby Rubens  żył w naszych czasach, to by tylko mnie malował, Pańcia tak ciągle powtarza.




O matko! Nie widziałam takiego wielkiego gołębia! A może to nie jest gołąb?! Pod słońce słabo widzę...


Ech! Nie ma to jak słoneczko i słodkie lenistwo...




Tylko dlaczego chłopcy są zdenerwowani? Guido wraca!


Cymes szykuje się chyba na kogoś obcego...


Pójdę sprawdzić...


Znalazłam ślady wiosny! Miniaturowe tulipanki! Ciekawe kiedy zakwitną?


Ojejku! Cymes napadł na obcego! Obcy atakuje! Pańcia strasznie krzyczy! Biegnę na pomoc!


Tak było w niedzielę...
Dzisiaj Cymes niedomaga. Nie ma żadnych śladów... ale czuje się źle... coś go boli w okolicach miednicy? Ale chodzi normalnie...po schodach nie bardzo, trochę wciąga prawą tylną...Dzwoniłam do Weta, jutro jedziemy. Jestem zrozpaczona...

A Hikari napuszyła się i naprawdę biegła na pomoc, kochana odważna dziewczynka!

Prosimy o kciuki i dużo pozytywnej energii!!!!


wtorek, 15 marca 2016

Na przedwiośniu





Wyleciały na spacer i się popisują.
Jak ja bym miał skrzydła, to bym im pokazał jak się lata, mądrale!

Ładnej pogody jak na lekarstwo, a my tak tęsknimy za odrobiną słońca.
Pańcia powiedziała, że deszcz też jest bardzo potrzebny, ale uważam, że jak przestaje padać, to natychmiast powinno zaświecić słońce, a nie szaro i szaro. Zaraz też zacznie się zmieniać... eh!

Tymczasem trzeba skorzystać ze słoneczka.
Nawet Guido wyszedł, a on jest bardzo wymagający i bardzo kapryśny.

Hikari jest podobna do mnie... Tylko niestety, niezbyt mnie lubi...
Na palcach można policzyć momenty jej łaskawości dla mnie.
Natomiast w stosunku do Guida to jest... jest...
Ona go uwielbia, czaruje, buzi, buzi, nosek w nosek... On też ją adoruje, bawi się z nią, gania po domu... No po prostu rzygać się chce!

   

Tutaj tak się jej przyglądał, że zapomniał schować
 języczek. 



Obserwował każdy jej ruch, a ona udawała, że ptaszki obserwuje... Przewrotna baba!


Nie! nie! Nie będę się już katował! Pańcia mi poleciła, żebym poszukał śladów wiosny.





Melduję, że w naszym ogródku jej nie znalazłem... No, może napęczniałe pąki, to wszystko!

To było wczoraj, do południa, a wieczorem wróciła zima i rankiem wyszedłem tylko ja , sprawdzić czy mi się to nie śni...



No cóż, byle do wiosny...


niedziela, 6 marca 2016

Wymazane z pamięci




       
                Ta proza - to protest. To ostrzeżenie. Właściwie, to aż się boję polecić tę lekturę, bo czas zapomnieć o nazistowskich zbrodniach: o ludobójstwie, o eksperymentach medycznych... na dzieciach... straszliwej akcji T4...  Ale czy na pewno? Przecież młodzi ludzie często niewiele wiedzą o ideologii nazistowskiej i o II Wojnie Światowej oraz jej konsekwencjach, a jeżeli już, to bardzo encyklopedycznie.  Natomiast wspomnienia ludzi, którzy przeżyli - blakną, zacierają się lub są wypierane ze względu na ból jaki sprawiają... i zabierane ze sobą do grobu.
                 
                  Od pewnego czasu wydaje mi się, że Świat drga od emocji, że wzbiera w nim furia, a jego skorupa zaczęła już pękać. Dla mnie są to złowieszcze trzaski. Tylko jedno pokolenie dzieli mnie od tego, które przeżyło II Wojnę Światową... tylko jedno. Dlatego jestem przesiąknięta wspomnieniami członków mojej rodziny. Dzieci nie noszą już tego w sobie, a wnuki... no cóż, wiedzą,  ale jest to wiedza wyłącznie historyczna... wyłącznie.
Zauważam też, że nie jestem odosobniona w tych moich lękach, bo coraz więcej pisarzy sięga po tę tematykę, wiedzionych  pewnego rodzaju przymusem, przymusem, który rodzi się ze strachu przed powtórką z historii, ze strachu o najbliższych. Do nich należy właśnie Anna Dziewit-Meller" ( ur. 1981 r.), która zadedykowała  ,,Górę Tajget" swoim dziadkom i dzieciom i jak sama pisze: ,,Być może z niezgody na postawienie medycyny po stronie mroku zrodziła się ta powieść"

A oto co, bardzo krótko, o książce napisali:

                Magdalena GRZEBAŁKOWSKA  ,,Nie da się zapomnieć tej książki. Już nigdy."

                Sylwia CHUTNIK ,,Proza gęsta od emocji. Przy czytaniu rośnie w gardle gula niepokoju.
                                            Ta książka zostanie w naszych głowach jak zadra".

                 Michał NOGAŚ. PROGRAM 3 POLSKIEGO RADIA  ,,Powieść Anny Dziewit-Meller ma głęboki społeczny sens. Przywraca to co ważne i burzy nasze dobre samopoczucie. To historia o pamięci, godności, strachu, odwadze i lęku".

Do Was kochani należy wybór. Ja z gulą w gardle polecam. Bo warto wiedzieć, bo warto pamiętać,
BO NIGDY NIE WIADOMO KIEDY I CO ZOSTANIE POSTAWIONE PO STRONIE MROKU.......


środa, 24 lutego 2016

Ręce opadają...




        Mam dwa koty normalne i jednego wyjątkowo kreatywnego. Zgadnijcie, które są normalne, a który wyjątkowo kreatywny? Hikari i Guido są normalne, a Cymes jak to Cymes - wymyślił ostatnio dla mnie nowy  wieczorny obowiązek, którego wykonania  domaga się głośnym miauczeniem.
Na czym to polega?  Ano, zanim dotrę do łazienki, on już otwiera  drzwi i wskakuje do wanny informując mnie, że wieczorną toaletę zaczynamy od jego futra, a nie od mojej twarzy. Nie chodzi tu też o samo szczotkowanie, o nie!  Ja muszę zmoczyć ręce i dokładnie, bardzo dokładnie obmywać jego futro, spłukując co chwila z rąk martwe włoski., a dopiero potem  go wyszczotkować tam, gdzie on sobie życzy, na koniec zaś tam, gdzie ja uważam, że należy...
Wczoraj się zbuntowałam... dosyć tego dyktatu - rzekłam - pan Słodowy, napisał książkę pt. ,,Zrób to sam", więc zrób to sam, Cymeńku!  Ja mam dziś problem zdrowotny i jestem od ciebie ważniejsza! Przykro mi... 
Siedział naburmuszony, z zamkniętymi oczkami i od czasu do czasu wymrukiwał z siebie niezbyt pochlebne, tak myślę, słowa pod moim adresem.
Wreszcie położył się i zaczął się myć! Sam! No proszę, zrozumiał! Warto się czasem postawić!!


            Niestety z Hikari mi się nie udało, ani prośbą,  ani groźbą... Wyjąć jej nie mogłam, bo za ciężka dla mnie... Oczywiście, że mogłam puścić wodę, ale przecież nie będę jej stresować! Moje kochane słoneczko czekało na mnie, jak byłam pod prysznicem, aż zasnęło...
Zresztą, chciałam tylko opiłować  paznokcie u stóp..

To właściwie ile mam normalnych, a ile kreatywnych kotów?

P.S. Zdjęcia zrobione telefonem, w złych warunkach oświetleniowych i zbyt pośpiesznie... :)

środa, 17 lutego 2016

Międzynarodowy Dzień Kota 2016




W tym roku też zacytuję wiersz Franciszka J.Klimka

CO JEST WAŻNE?

Zrobiłem listę moich braków
tych w remanencie i w dorobku:
w portfelu - tylko znak zodiaku;
w majątku - myślnik po dwukropku.

W lodowce bryndza, w szafie mole,
w barku - to już mnie nie dotyczy,
lecz za to w kuchni - KOT na stole!
I to jest ważne! To się liczy!

Ja przy talerzu, on przy misce,
czasami bywa, że odwrotnie,
a kiedy resztki już na łyżce,
obu nam robi się markotnie.

Ale to nic i mniejsza o to,
ja się nie żalę nad złą dolą:
Jeżeli serce oddasz kotom,
one ci zginąć nie pozwolą.

Bo czy też w mieście, czy też w lesie
Kot ci okaże dobrą wolę
i wnet przekąskę ci przyniesie;
nawet położy ją na stole.

Morał wynika z tego taki:
Nie załamujmy się w kłopotach,
nieważne, jakie inne braki,
ważne, żeby nie brakło kota.


       Wszystkim kotom na świecie - życzę zdrowia,wspaniałych zabaw, pełnych misek i mądrych ludzi wokół, ludzi, którzy nie przejdą obojętnie wobec kociego nieszczęścia. Życzę też, żeby wszyscy wreszcie zrozumieli, że kot ma serce, duszę, kocha, myśli, pragnie, czuje i cierpi. Jest naszym bratem mniejszym, a nie niewolnikiem.


         Doris Lessing, brytyjska pisarka, laureatka LITERACKIEJ NAGRODY NOBLA 2007, tak napisała w swojej cudownej książce ,,O kotach":

         ,,Jakim rozkosznym stworzeniem jest kot! Momenty radosnego zaskoczenia w ciągu dnia, miękka, ciepła gładkość pod ręką, kiedy budzicie się zimną nocą, gracja i wdzięk, nawet u zupełnie zwyczajnego dachowca... Kot kroczy przez wasz pokój - i w tym samotnym marszu widzicie leoparda czy nawet panterę, obraca ku wam głowę - i żółty blask jego oczu mówi wam wyraźnie, jaki egzotyczny gość zawitał w wasze progi, darząc was swoją przyjaźnią; kot, który mruczy, gdy go głaszczecie, pod bródką albo za uchem..."


          Hikari, Guidku, Cymusiu, moja fascynacja wami i moja miłość do was jest
coraz większa, a wasza rola w moim życiu niezwykle znacząca....






poniedziałek, 15 lutego 2016

... że tytuł ... taki jakiś....?



     
       A miało być o kotach...

       Nie mogę jednak przejść obojętnie obok tej książki i polecam ją jako lekturę obowiązkową; a chciałam odpocząć i rozweselić się nieco, po przeczytaniu ,,Znikasz"... no i dałam się zwieść uśmiechniętym buziom moich ulubionych aktorek.
W miarę czytania odnosiłam wrażenie, że autorka została wręcz zainspirowana książką Christiana Jungersena, bo jej powieść też traktuje o ,,znikaniu" naszej osobowości na skutek nowotworu mózgu...

       Dwie siostry, dwa światy, dwa dramaty, dwie nienawiści, żale, gorycz, rozpacz, miłość, pragnienie zrozumienia, ciepła, pojednania...to wszystko w obliczu tragedii rodzinnej. Samo życie!
Służbie zdrowia też się nieźle oberwało! I ta miłość do rodziców!
Trochę śmiechu przez łzy też jest... a dziewczyny klną, że aż się jasno robi!

       Zachęcam kochani, bo ta książka to też instrukcja postępowania w stosunku do rodziców, mimo swoich spraw, mimo braku czasu, mimo chęci ucieczki ze strachu przed swoimi słabościami i tym OSTATECZNYM... NIEUNIKNIONYM...

        

niedziela, 31 stycznia 2016

Wybrałam, bo skłaniają do myślenia...




                ,,Kilka miesięcy temu nawet nie wyobrażałam  sobie istnienia tego tajemnego świata, dziesiątków tysięcy domów, w których jeden z członków rodziny ma uszkodzony mózg.
Idioci, z którymi kłóciłam się w supermarkecie, nieracjonalnie zirytowani ludzie na ulicy, pustogłowi mówcy w czasie spotkań publicznych. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że wielu z nich jest dosłownie chorych na głowę. Wielu z nich ma rodziny i przyjaciół, którzy ich kochają i którzy spotykają się, tak jak moja nowa grupa wsparcia.
                 Czuję się, jak bohaterka filmu, która nagle może zobaczyć i usłyszeć wszystkie duchy, które chodzą wśród nas.
Ludzie z uszkodzeniami mózgu żyli wśród nas od zawsze. Spotykałam ich, rozmawiałam z nimi, kłóciłam się z nimi, niczego nieświadoma"

              Umieszczam tę refleksję bohaterki  książki, bo mam wrażenie, że to moje własne myśli, które przychodzą mi do głowy, gdy obserwuję otaczający mnie świat i ludzi...

               ZNIKASZ, to książka szczególna i wyjątkowa. Zadaje bardzo wiele mądrych i trudnych pytań. Dociera do zakamarków naszej duszy, a ,, Christian Jungersen z niemal perwersyjną precyzją portretuje najdrobniejsze gesty bohaterów, stawiając najważniejsze  pytania o znaczenie zjawisk takich jak miłość, dusza, wolna wola, wina i odpowiedzialność, wierność i zdrada"... i dodam jeszcze: -  prawo do szczęścia mimo wszystko i wbrew wszystkim i wszystkiemu...

                  Następna pozycja to:  


                      Może jeszcze znajdzie się ktoś, kto nie czytał tej książki, więc niech nie zwleka.
ULEGŁOŚĆ -  najnowsza powieść pisarza (2015), której premiera zbiegła się w czasie z zamachami na redakcję ,,Charlie Hebdo"w Paryżu - przedstawia wizję przyszłości inną niż wszystkie.

                      Narracja tej książki jest jak życie głównego bohatera - spokojna i bez fajerwerków. Francois, wykładowca literatury na Sorbonie, uznany i szanowany, prowadzi życie samotne i dość monotonne, ale okraszone licznymi romansami. Natomiast na francuskiej scenie politycznej, dzieje się bardzo wiele, szczególnie po wyborach, w których zwycięstwo odnosi Bractwo Muzułmańskie.
Największe zmiany następują w dziedzinie edukacji... a wówczas nasz bohater staje przed ,,być albo nie być" w coraz bardziej obcym świecie.

                     Na koniec wielki rarytas!  

,,WIATR I PYŁ  jest od początku do końca kolejną książką Tadeusza Konwickiego, o tyle tylko szczególną, że pod tekstem wypadałoby umieścić datę jej powstania: 1946-2008."
                                                                                                                           Tadeusz Lubelski


                 Cudownie się odpoczywa, czytając ten zbiór tekstów, niepublikowanych w żadnej innej książce. Teksty bardzo różnorodne: opowiadania, reportaż, eseje, felietony. Są też szkice wspomnieniowe, powstałe po śmierci przyjaciół i współpracowników - Zbigniewa Cybulskiego, Aleksandra Kobzdeja, Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Jest wreszcie wybór rysunków, które Konwicki , szczególnie we wczesnym okresie twórczości, publikował ze szczególnym upodobaniem. Można brać garściami ten pył niesiony wiatrem wspomnień. Pył prawdziwych pereł...

Bardzo polecam!



wtorek, 19 stycznia 2016

Wędrujące ubranka...




                 
                    Tego jeszcze nie było. Nie wiem, czy chcą mnie rozśmieszyć, czy pomóc, czy może rekompensują sobie moją zmniejszoną aktywność w zabawach z nimi. Faktem jest, że moja bielizna osobista i ubranka wierzchnie, zaczęły ,,chodzić" po schodach. Oczywiście jest również ścieżka dźwiękowa: poszeptywanie, pomiaukiwanie, pohukiwanie, świergotanie, galop i inne przedziwne dźwięki, ale co charakterystyczne - wydawane cicho! Jednym słowem spiskowcy od siedmiu boleści!
Muszę jednak zdradzić, że sama się do tego przyczyniam. Ponieważ sypialnię mam na górze, salon na dole, a pralnię jeszcze niżej, a w domu jak to w domu: góra - dół, góra - dół, góra - dół; ciągle coś trzeba znieść i coś trzeba wnieść - a mnie nie wolno - wymyśliłam więc, że koszyk wiklinowy na zakupy, będzie pełnił rolę transporterka, przekładanego co kilka stopni, bym ja mogła trzymać się poręczy i nie dźwigać. No więc ów koszyk czeka czasem na schodach na doładowanie, lub na odpowiedni czas.  Koty zaś nauczone buszowania w swoim koszyczku z zabawkami, przeniosły tę umiejętność na mój kosz-transporter! Inteligentne bestie! Bywa, że zaczajam się by złapać ich na gorącym uczynku, ale jak dotąd udało mi się tylko raz, gdy Guido zaplątał się w tym ogromnym swetrze.
Od czasu do czasu zwołuję je na zebranie w celu wygłoszenia pogadanki na temat: jak powinny się zachowywać w domu dobrze urodzone kotki,  ale ponieważ stan obecności jest zerowy, wygłaszam ją do ścian, kończąc zawsze ostrzeżeniem, że ogony im poobcinam i będą jeszcze bardziej rasowe!

Gdy wszystko uprzątnę i wrócę do swoich spraw, zjawiają się jakby nigdy nic! Jakby dopiero się obudziły, dopiero wstały... a w ogóle z kim tak długo gadałaś?  Nawet takie bezczelne pytanie mają w oczach!

Ostatnio do koszyka zapakowałam wszystkie zabawki, które Cymes zawlókł na górę. Oczywiście nie zdążyłam znieść na dół, gdy wpadł z białym szczurem w pyszczku i morderczym błyskiem w oczach... kłaki tylko fruwały...
.

No coż, to przecież drapieżnik! Tylko kto dywan odkurzy?


P.S. przepraszam za fatalną jakość zdjęć...

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Osiem tygodni...





To były ciężkie dni i bardzo trudny egzamin z życia. Najlepiej ten egzamin zdał Cymesik -  co właściwie było do przewidzenia. Ten kot zawsze zachwycał umiejętnością przystosowania się oraz umiejętnością przekonywania wszystkich o swojej wyjątkowości.
Bardzo bałam się o Guida, bo to KOT, którego światem jestem JA, nasz DOM, Hikari i Cymes; reszta zasługuje jedynie na ostrzegające, groźne fuknięcie. O Hikari się nie bałam... a okazało się, że moja nieobecność najwięcej bólu sprawiła właśnie jej. Nie wychodziła z sypialni... czekała.
Guido przez pierwszy tydzień prawie nie jadł, o żadnej pielęgnacji obojga, nie było mowy. Jedzenie ,,mokre'', moje DZIECI– wnuczka,synowa,syn- zanosiły na górę.

Postanowiłam, że koty zostaną same w domu, nie będą nigdzie przewożone i narażane na kolejny stres. DZIECI wpadały codziennie, czasem co dwa dni, żeby dosypać suchej karmy, podać „mokrą'', zmienić wodę i sprzątnąć kuwety. I TAK PRZEZ OSIEM TYGODNI – bardzo długich i ciężkich osiem tygodni, które spędziłam w szpitalu, a właściwie w dwóch szpitalach... neurologia,a potem rehabilitacja... i myślę, że tylko strach o te trzy istotki, mobilizował mnie do życia...
Lekarze przyrzekli mi, że wyjdę na własnych nogach, a nie na wózku, nie wierzyłam, ale wyszłam, co prawda przy chodziku, ale na własnych nogach!

Ostatnia noc w szpitalu była bezsenna. Myślałam o tym, jak mnie przyjmą, czy będą się gniewać, czy mi przebaczą tak długą nieobecność?
Po wejściu do domu, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi... z radości. Boże, jak ja tęskniłam!
Cymuś zatrzymał się na schodach z miną: - to naprawdę Pańcia? Musiałam pieszczotliwie przemówić, żeby go przekonać... a gdy podskoczył do mojej dłoni, wiedziałam, że z nim jest wszystko w porządku. Hikari i Guido w ogóle się nie pokazali. Nie spiesząc się, poszłam na górę, do sypialni, pokonując schody zgodnie z instrukcją obsługi człowieka...
Guido leżał na łóżku. Usiadłam obok, zaczął mruczeć. Oczki brudne, a sierść! Boże zmiłuj! Wyglądał jak baranek, który odłączył się od stada i po latach został odnaleziony!
Guidulku, słoneczko kochane! - przytuliłam się do niego – jak ja sobie z tobą poradzę! Nie jestem jeszcze na tyle sprawna, żeby dać sobie radę z taką ilością zwisających baranich pukli!
No to przywitałam się z dwoma! A gdzie dziewczynka?
Zaszczytu przywitania doznałam dopiero, gdy zostaliśmy sami, gdy DZIECI pojechały do własnego domu. 
Hikari nadal grubiutka, czysta, no może dupencja nie była idealna, niesamowicie ofutrzona, ale sierść piękna i gładka.
Od tego momentu stałyśmy się nierozłączne... gdzie ja, tam ona...

Bardzo szybko okazało się, że moje skarby pamiętają wszystkie nasze rytuały i nasze zabawy.
Stres u Guida i Hikari został wyparty całkowicie i przywrócona radość życia. Pierwsza głupawka i zapasy chłopaków, wyrażone piękną choreografią, rozbawiły mnie do łez, ale doszły też nowe elementy.
Gdy rano wstajemy i schodzimy na dół po schodach, one nie pędzą, one schodzą powoli, stopień po stopniu, często mnie blokują, mówię wtedy: - No bez przesady! Szybciej proszę!
Podobnie jest gdy idziemy spać, ŁAPA PRZY NODZE, NOGA PRZY ŁAPIE!

I to Cymusiowe, pełne troski, spojrzenie: - Tylko bądź ostrożna!

DUŻO ZDROWIA W NOWYM 2016 ROKU

sobota, 10 października 2015

Znowu historia...ale jaka!




          Gdy przewróciłam kolejną stronę, zobaczyłam, że to już koniec, a strona następna to Posłowie! No nieee! krzyknęłam, Panie Kalinowski Grzegorzu, co to ma znaczyć! W takim momencie?! To się nie godzi! To ja mam czekać całe dwa miesiące – bo w listopadzie ma się ukazać kolejny tom: ,,Śmierć frajerom-Złota maska'' -  żeby dowiedzieć się, co się stało z... STOP, ani słowa więcej.

No to już wiecie moi kochani, że polecam tę książkę, która jest... no tak, tak, debiutem! Książkę, która wypełnia lukę w literaturze, ukazując nam panoramę Warszawy w latach 1914-1925, z małym powrotem do lat wcześniejszych, nawet do roku 1904, kiedy to  urodził się główny bohater Heniek Wcisło oraz wybuchła wojna rosyjsko-japońska, w której brało udział wielu,wielu Polaków z Kongresówki... mój dziadek również.

Brakowało mi takiej książki. Czytając, budziłam w zakamarkach wspomnień strzępy rozmów, żartów, komentarzy i lęków, które padały z ust moich dziadków, ciotek i wujków, z nostalgią, wzruszeniem i łzami, wspominających ciężkie lata I Wojny Światowej oraz cały okres międzywojenny.
A było co wspominać. Gdy Rosjanie uciekali z Warszawy wywozili wszystko, co się dało. Czego nie zdążyli wywieźć - niszczyli. Najgorzej było z fabrykami:

       ,,Te, których nie zdążyli ewakuować, poniszczyli, powysadzali mury i maszyny. W powietrze poleciały Geisler, Okolski, i Patsche, Borman, Ambrożewicz oraz Orthwein i Karasiński, a także wiele pomniejszych fabryk i zakładów. Pulsta nie wysadzili bo go niemal w całości wywieźli na wschód"

Potem Rosjan zastąpili Niemcy:

        ,,- Jak im się koło tyłka paliło, to w listopadzie szesnastego roku, Niemce z Austriakami ogłosili, że Polska na nowo powstanie. Flag nawywieszali, szumu narobili, wpuścili Legiony do Warszawy i tyle Polski widziano. Myśleli, że jak byle frajerstwo rzucimy się cesarzom do stóp i pójdziemy dla ich powodzenia i luksusu tłuc kacapa. O! Takiego - rzucił zginając rękę w łokciu. - Wiluś i Franca Josef mogą nas w dupę pocałować!
           - Później się bydlaki zagotowali - ciągnął Wcisło, jakby nikt z obecnych nie wiedział, co było dalej. - Internowali Legiony, a na sam koniec ukradli wszystko, co było w mieszkaniach, fabrykach i kościołach. Nawet biskupa Kakowskiego, co ich pod nieobecność cara pokochał, krew zalała, bo buchnęli organy nie tylko z filharmonii, ale i z kościołów. Jakby tego im było mało, to na koniec jeszcze ziemię chcą zaiwanić"

Miłość do przedwojennej Warszawy, do Piłsudskiego Dziada i tę wielką radość, że Polska pojawiła się znowu na mapie Europy, mój dziadek przekazał mi już chyba w momencie moich narodzin.

,,Śmierć frajerom" pozwala nam uczestniczyć w zamachach na szpicli, akcjach POW, wojnie 1920 roku, III Powstaniu Śląskim i zamachu endeków na pierwszego Prezydenta II RP - Gabriela Narutowicza. Ale to nie wszystko! Wkraczamy również w świat agentów wywiadu i partyjnych bojówek. Razem z Heńkiem Wcisło lądujemy w świecie ciemnych interesów, brudnej polityki i ... mokrej roboty. Poznajemy Króla kasiarzy - słynnego Szpicbródkę, postać historyczną!

Jest też w tej książce, cała masa historii, których w ogóle nie znamy, bo nigdy dotąd nie zostały opisane: jak spektakularne akcje włamywaczy i sekrety kontrwywiadu.
Do tego jeszcze ta wielonarodowość Warszawy, tak barwna, bo nie wszyscy Rosjanie i Niemcy wyjechali. Wielu zatrzymała miłość, wielu mieszkało tu od pokoleń i uznało Polskę za swój kraj. I jeszcze ta warsiawska gwara, o której wielu młodych ludzi nie ma pojęcia. 
Ach wspomnę jeszcze o przezabawnym epizodzie związanym z poetą Władysławem Broniewskim i jego bardzo znanym  wierszem ,,Bagnet na broń", którego początek powstał w bardzo szczególnych okolicznościach i wyjątkowym stanie umysłu.  I... i nie napiszę już ani słóweńka, tylko zapraszam do lektury!

A ja idę sobie zrobić herbatkie. 


piątek, 9 października 2015

Hikari...





O! Znowu stoi i się oblizuje. Przed chwilą wyszła z kuchni. I się oblizuje. Nie, nie, nie, ona nic nie jadła,  nie! Ona się tylko oblizuje! Oblizuje się, oblizuje i oblizuje.  Postoi chwilę i znika! No! I za chwilę znowu... stoi...i się oblizuje. Wróciła z kuchni... a co! Znowu się oblizuje... i tak będzie sobie wchodzić i wychodzić. Taaak...  Czasami na chwilę jeszcze usiądzie, lub się położy i będzie się oblizywać. Jedna łapa, druga łapa, pierś z prawej, pierś z lewej... no i tak będzie się oblizywaała, oblizywaała, po czym znów wstanie, i usiądzie... taaak. Będzie na mnie spoglądać oczami głodzonego kota i potem zniknie... by za chwilę wrócić ... oblizując się...i będzie siedziała i będzie się oblizywała, oblizywała i oblizywała... Nie, nie, nie, broń Boże! Ona nic nie jadła! No gdzież by jadła! Ona w ogóle nie ma apetytu! W ogóle nic nie je!  No tak... A że wczoraj była maleńka sr...aczencja, no, może to za dużo powiedziane, ale tak w okolicach tejże konsystencji, no to nie dostanie dzisiaj ,,mokrego,'' a już na pewno nie dostanie mięcha, którego je, no oczywiście, tylko maleńką porcyjkę... z trzema dokładkami - a niech bym spróbowała nie dać dokładki!! -  potem wizytuje jeszcze miskę Guida i Cymeska, żeby tylko sprawdzić, czy wszystko zjedzone, bo nieładnie jest zostawiać! No i teraz właśnie też - OBLIZUJE SIĘ!!!