poniedziałek, 9 maja 2016

Żeby pamiętać...




     Kwiecień bardzo nabroił w tym roku. Zimny i nieprzyjazny dla roślin, odebrał mi radość oglądania przepięknych kwiatów wczesnych różaneczników: miniaturowego Impeditum, w pięknym liliowym kolorze i czerwonych kwiatów karłowatego Scarlet Wonder.



Trzy bardzo zimne noce zniszczyły rozwijające się pąki. Zachowało się po kilka kwiatów, tak na jednym, jak na drugim krzewie, reszta zmarzła.
Piszę o tym, bo widok ogromnej ilości rozkwitających pąków, radował moje oczy i serce tak bardzo, że każdy poranek zaczynałam  od sprawdzenia, ile przybyło kwiatów. Nie mogłam się doczekać tych wspaniałych bukietów, które wyglądają jak jeden olbrzymi kwiat, bowiem listków prawie nie widać... no cóż... pozostało mi jedynie poczucie winy, że przecież  mogłam je  na noc okryć....


Smutny widok, prawda?

      Maj, zaraz na progu, też postanowił mnie poczęstować niespodzianką.
Wyszłam z domu po korespondencję do skrzynki... idę ...patrzę... a  na jałowcach, i tylko na nich, jest coś, czego nigdy w życiu nie widziałam. Jeszcze mi tego brakowało! Jakieś grzyby... chyba... Pełno tego było! Nie powiem, ładnie to nawet wyglądało, ale ja, alergiczka, od razu wpadłam w popłoch! Co mam z tym zrobić?!
Czym prędzej po poradę do wujka G.!
Są to grzyby pasożytnicze dwudomowe (z rzędu Uredinales) , tzw. rdza lub nagoć rożkowata lub sawiniowa - w zależności od tego, czy jałowiec jest pospolity czy sawinie. Przenoszą się z liści różnych drzew takich jak głóg, jabłoń, grusza, jarzębina - na pędy jałowców.
W Polsce podobno trudno je spotkać. Rzadko kto je widział w naturze! Do diabła! Ja też nie musiałam!!!



Na szczęście  nie musiałam też z nimi nic robić, bo jak nagle się pojawiły, tak nagle zniknęły! Nie ma po nich śladu! Wyparowały! To chyba dlatego tak trudno zobaczyć je w naturze. Myślę więc, że spotkał mnie wielki zaszczyt ujrzenia tych szczególnych grzybków - czuję się wybrana!
Teraz muszę obserwować  jałowce i natychmiast usuwać porażone pędy. Na razie takich objawów nie widzę. Może nie będzie zbyt wielkiego spustoszenia?

sobota, 16 kwietnia 2016

Teraz wierzę, że wiosna!





                      Piękne są wiosenne, słoneczne poranki, szczególnie gdy jest tak cicho, cichuteńko i tylko ptaszki śpiewają, a przyroda zaskakuje nagłą eksplozją barw...

- Grasz w zielone? - gram!
- A w żółte grasz? - no oczywiście!
- A w różowe? - to chyba jasne, że też!
- A w białe? - w białe również!...uwielbiam, gdy jest tak puszyście....



   
                      ...albo tak puszyście...

                   


                     Młode listki róż rozwinęły się nagle.... Teraz trzeba pilnować, by mszyce nie zaatakowały.


                      Lubię patrzeć na Guida polującego na pełzacze i fruwacze!




                 ...i na Hikari wygrzewającą się na słońcu...                                  



                 Cymesika  staram się nie spuszczać z oczu.  Tutaj zlał się ze środowiskiem tak, że nie mogłam go znaleźć. Muszę go jednak pochwalić, że zrobił się ostrożny i czujny po przykrym incydencie z Obcym. Nadal jednak bardzo sumiennie pełni funkcję Naczelnego Obrońcy Terytorium.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Prawie lato...





          Ach, jak dzisiaj pięknie! Ciepło jak w lecie! Uwielbiam wystawiać brzuszek do słońca! Nawet Cymes jest dla mnie dzisiaj  wyjątkowy! Mysz mi przyniósł i rzucił nonszalancko - on czasami to naprawdę potrafi zaskoczyć! O, Pańcia zaczęła mnie fotografować! Ona uwielbia, jak wywalam brzuszek do góry! A ja już przestałam się przejmować, że Pańcia mnie fotografuje. Czyż nie widać, że jestem szczęśliwa, mimo, że gruba? Już nie mam zamiaru omijać tego słowa, wyszukując innych o podobnym znaczeniu, a brzmiących subtelniej, np.: puszysta, albo pulpecik, czy może baryłka. Wiem, że są gorsze, jak: spaślak lub spurchlak! Fe! Ohyda! Jestem jaka jestem... Pańcia mówi, że najpiękniejsza i tego się trzymam!  
A gdyby Rubens  żył w naszych czasach, to by tylko mnie malował, Pańcia tak ciągle powtarza.




O matko! Nie widziałam takiego wielkiego gołębia! A może to nie jest gołąb?! Pod słońce słabo widzę...


Ech! Nie ma to jak słoneczko i słodkie lenistwo...




Tylko dlaczego chłopcy są zdenerwowani? Guido wraca!


Cymes szykuje się chyba na kogoś obcego...


Pójdę sprawdzić...


Znalazłam ślady wiosny! Miniaturowe tulipanki! Ciekawe kiedy zakwitną?


Ojejku! Cymes napadł na obcego! Obcy atakuje! Pańcia strasznie krzyczy! Biegnę na pomoc!


Tak było w niedzielę...
Dzisiaj Cymes niedomaga. Nie ma żadnych śladów... ale czuje się źle... coś go boli w okolicach miednicy? Ale chodzi normalnie...po schodach nie bardzo, trochę wciąga prawą tylną...Dzwoniłam do Weta, jutro jedziemy. Jestem zrozpaczona...

A Hikari napuszyła się i naprawdę biegła na pomoc, kochana odważna dziewczynka!

Prosimy o kciuki i dużo pozytywnej energii!!!!


wtorek, 15 marca 2016

Na przedwiośniu





Wyleciały na spacer i się popisują.
Jak ja bym miał skrzydła, to bym im pokazał jak się lata, mądrale!

Ładnej pogody jak na lekarstwo, a my tak tęsknimy za odrobiną słońca.
Pańcia powiedziała, że deszcz też jest bardzo potrzebny, ale uważam, że jak przestaje padać, to natychmiast powinno zaświecić słońce, a nie szaro i szaro. Zaraz też zacznie się zmieniać... eh!

Tymczasem trzeba skorzystać ze słoneczka.
Nawet Guido wyszedł, a on jest bardzo wymagający i bardzo kapryśny.

Hikari jest podobna do mnie... Tylko niestety, niezbyt mnie lubi...
Na palcach można policzyć momenty jej łaskawości dla mnie.
Natomiast w stosunku do Guida to jest... jest...
Ona go uwielbia, czaruje, buzi, buzi, nosek w nosek... On też ją adoruje, bawi się z nią, gania po domu... No po prostu rzygać się chce!

   

Tutaj tak się jej przyglądał, że zapomniał schować
 języczek. 



Obserwował każdy jej ruch, a ona udawała, że ptaszki obserwuje... Przewrotna baba!


Nie! nie! Nie będę się już katował! Pańcia mi poleciła, żebym poszukał śladów wiosny.





Melduję, że w naszym ogródku jej nie znalazłem... No, może napęczniałe pąki, to wszystko!

To było wczoraj, do południa, a wieczorem wróciła zima i rankiem wyszedłem tylko ja , sprawdzić czy mi się to nie śni...



No cóż, byle do wiosny...


niedziela, 6 marca 2016

Wymazane z pamięci




       
                Ta proza - to protest. To ostrzeżenie. Właściwie, to aż się boję polecić tę lekturę, bo czas zapomnieć o nazistowskich zbrodniach: o ludobójstwie, o eksperymentach medycznych... na dzieciach... straszliwej akcji T4...  Ale czy na pewno? Przecież młodzi ludzie często niewiele wiedzą o ideologii nazistowskiej i o II Wojnie Światowej oraz jej konsekwencjach, a jeżeli już, to bardzo encyklopedycznie.  Natomiast wspomnienia ludzi, którzy przeżyli - blakną, zacierają się lub są wypierane ze względu na ból jaki sprawiają... i zabierane ze sobą do grobu.
                 
                  Od pewnego czasu wydaje mi się, że Świat drga od emocji, że wzbiera w nim furia, a jego skorupa zaczęła już pękać. Dla mnie są to złowieszcze trzaski. Tylko jedno pokolenie dzieli mnie od tego, które przeżyło II Wojnę Światową... tylko jedno. Dlatego jestem przesiąknięta wspomnieniami członków mojej rodziny. Dzieci nie noszą już tego w sobie, a wnuki... no cóż, wiedzą,  ale jest to wiedza wyłącznie historyczna... wyłącznie.
Zauważam też, że nie jestem odosobniona w tych moich lękach, bo coraz więcej pisarzy sięga po tę tematykę, wiedzionych  pewnego rodzaju przymusem, przymusem, który rodzi się ze strachu przed powtórką z historii, ze strachu o najbliższych. Do nich należy właśnie Anna Dziewit-Meller" ( ur. 1981 r.), która zadedykowała  ,,Górę Tajget" swoim dziadkom i dzieciom i jak sama pisze: ,,Być może z niezgody na postawienie medycyny po stronie mroku zrodziła się ta powieść"

A oto co, bardzo krótko, o książce napisali:

                Magdalena GRZEBAŁKOWSKA  ,,Nie da się zapomnieć tej książki. Już nigdy."

                Sylwia CHUTNIK ,,Proza gęsta od emocji. Przy czytaniu rośnie w gardle gula niepokoju.
                                            Ta książka zostanie w naszych głowach jak zadra".

                 Michał NOGAŚ. PROGRAM 3 POLSKIEGO RADIA  ,,Powieść Anny Dziewit-Meller ma głęboki społeczny sens. Przywraca to co ważne i burzy nasze dobre samopoczucie. To historia o pamięci, godności, strachu, odwadze i lęku".

Do Was kochani należy wybór. Ja z gulą w gardle polecam. Bo warto wiedzieć, bo warto pamiętać,
BO NIGDY NIE WIADOMO KIEDY I CO ZOSTANIE POSTAWIONE PO STRONIE MROKU.......


środa, 24 lutego 2016

Ręce opadają...




        Mam dwa koty normalne i jednego wyjątkowo kreatywnego. Zgadnijcie, które są normalne, a który wyjątkowo kreatywny? Hikari i Guido są normalne, a Cymes jak to Cymes - wymyślił ostatnio dla mnie nowy  wieczorny obowiązek, którego wykonania  domaga się głośnym miauczeniem.
Na czym to polega?  Ano, zanim dotrę do łazienki, on już otwiera  drzwi i wskakuje do wanny informując mnie, że wieczorną toaletę zaczynamy od jego futra, a nie od mojej twarzy. Nie chodzi tu też o samo szczotkowanie, o nie!  Ja muszę zmoczyć ręce i dokładnie, bardzo dokładnie obmywać jego futro, spłukując co chwila z rąk martwe włoski., a dopiero potem  go wyszczotkować tam, gdzie on sobie życzy, na koniec zaś tam, gdzie ja uważam, że należy...
Wczoraj się zbuntowałam... dosyć tego dyktatu - rzekłam - pan Słodowy, napisał książkę pt. ,,Zrób to sam", więc zrób to sam, Cymeńku!  Ja mam dziś problem zdrowotny i jestem od ciebie ważniejsza! Przykro mi... 
Siedział naburmuszony, z zamkniętymi oczkami i od czasu do czasu wymrukiwał z siebie niezbyt pochlebne, tak myślę, słowa pod moim adresem.
Wreszcie położył się i zaczął się myć! Sam! No proszę, zrozumiał! Warto się czasem postawić!!


            Niestety z Hikari mi się nie udało, ani prośbą,  ani groźbą... Wyjąć jej nie mogłam, bo za ciężka dla mnie... Oczywiście, że mogłam puścić wodę, ale przecież nie będę jej stresować! Moje kochane słoneczko czekało na mnie, jak byłam pod prysznicem, aż zasnęło...
Zresztą, chciałam tylko opiłować  paznokcie u stóp..

To właściwie ile mam normalnych, a ile kreatywnych kotów?

P.S. Zdjęcia zrobione telefonem, w złych warunkach oświetleniowych i zbyt pośpiesznie... :)

środa, 17 lutego 2016

Międzynarodowy Dzień Kota 2016




W tym roku też zacytuję wiersz Franciszka J.Klimka

CO JEST WAŻNE?

Zrobiłem listę moich braków
tych w remanencie i w dorobku:
w portfelu - tylko znak zodiaku;
w majątku - myślnik po dwukropku.

W lodowce bryndza, w szafie mole,
w barku - to już mnie nie dotyczy,
lecz za to w kuchni - KOT na stole!
I to jest ważne! To się liczy!

Ja przy talerzu, on przy misce,
czasami bywa, że odwrotnie,
a kiedy resztki już na łyżce,
obu nam robi się markotnie.

Ale to nic i mniejsza o to,
ja się nie żalę nad złą dolą:
Jeżeli serce oddasz kotom,
one ci zginąć nie pozwolą.

Bo czy też w mieście, czy też w lesie
Kot ci okaże dobrą wolę
i wnet przekąskę ci przyniesie;
nawet położy ją na stole.

Morał wynika z tego taki:
Nie załamujmy się w kłopotach,
nieważne, jakie inne braki,
ważne, żeby nie brakło kota.


       Wszystkim kotom na świecie - życzę zdrowia,wspaniałych zabaw, pełnych misek i mądrych ludzi wokół, ludzi, którzy nie przejdą obojętnie wobec kociego nieszczęścia. Życzę też, żeby wszyscy wreszcie zrozumieli, że kot ma serce, duszę, kocha, myśli, pragnie, czuje i cierpi. Jest naszym bratem mniejszym, a nie niewolnikiem.


         Doris Lessing, brytyjska pisarka, laureatka LITERACKIEJ NAGRODY NOBLA 2007, tak napisała w swojej cudownej książce ,,O kotach":

         ,,Jakim rozkosznym stworzeniem jest kot! Momenty radosnego zaskoczenia w ciągu dnia, miękka, ciepła gładkość pod ręką, kiedy budzicie się zimną nocą, gracja i wdzięk, nawet u zupełnie zwyczajnego dachowca... Kot kroczy przez wasz pokój - i w tym samotnym marszu widzicie leoparda czy nawet panterę, obraca ku wam głowę - i żółty blask jego oczu mówi wam wyraźnie, jaki egzotyczny gość zawitał w wasze progi, darząc was swoją przyjaźnią; kot, który mruczy, gdy go głaszczecie, pod bródką albo za uchem..."


          Hikari, Guidku, Cymusiu, moja fascynacja wami i moja miłość do was jest
coraz większa, a wasza rola w moim życiu niezwykle znacząca....






poniedziałek, 15 lutego 2016

... że tytuł ... taki jakiś....?



     
       A miało być o kotach...

       Nie mogę jednak przejść obojętnie obok tej książki i polecam ją jako lekturę obowiązkową; a chciałam odpocząć i rozweselić się nieco, po przeczytaniu ,,Znikasz"... no i dałam się zwieść uśmiechniętym buziom moich ulubionych aktorek.
W miarę czytania odnosiłam wrażenie, że autorka została wręcz zainspirowana książką Christiana Jungersena, bo jej powieść też traktuje o ,,znikaniu" naszej osobowości na skutek nowotworu mózgu...

       Dwie siostry, dwa światy, dwa dramaty, dwie nienawiści, żale, gorycz, rozpacz, miłość, pragnienie zrozumienia, ciepła, pojednania...to wszystko w obliczu tragedii rodzinnej. Samo życie!
Służbie zdrowia też się nieźle oberwało! I ta miłość do rodziców!
Trochę śmiechu przez łzy też jest... a dziewczyny klną, że aż się jasno robi!

       Zachęcam kochani, bo ta książka to też instrukcja postępowania w stosunku do rodziców, mimo swoich spraw, mimo braku czasu, mimo chęci ucieczki ze strachu przed swoimi słabościami i tym OSTATECZNYM... NIEUNIKNIONYM...